List z Rożawy do polskich chłopaków (i nie tylko)
2mon 12d ago by szmer.info/u/NESSupport in anarchizm@szmer.info from szmer.info
Siedząc w jednym z miast (tego co zostało z) Demokratycznej Autonomicznej Administracji Północno-Wschodniej Syrii, natrafiłem na tekst członka FA Lublin o parytecie i dyskusję, która wywiązała się poniżej. Stwierdziłem, że napiszę kilka słów do chłopaków i dziewczyn i innych osób z ruchu anarchistycznego. To jest list z bijącego serca rewolucji zwanej rożawską.
Patrząc na tę "debatę", już całkowicie pomijając jej poziom i brak celu jakiegokolwiek porozumienia, trudno mi uwierzyć, że nadal jako tzw. ruch jesteśmy w tym miejscu - czy może, że wciąż do niego wracamy. Trudno mi uwierzyć, że w 2026 roku anarchiści atakują samoorganizujące się *kobiety (*używam uproszczenia mając na myśli z grubsza osoby nie-cis męskie), czy twierdzą, że patriarchat w ich środowisku nie istnieje, przyczyniając się raczej do ruchu wstecz niż do przodu.
Od razu powiem, że nie jestem osobiście fanem FA ze względu na kulturę polityczną (i inne kwestie - ale nie o tym), ale gorąco kibicowałem i kibicuję osobom kobiecym z FAKS, bo dzięki takim inicjatywom istnieje szansa na zmianę tej właśnie kultury. Uważam to za świeży powiew w naszym, miejscami mało ekscytującym, polskim ruchu i zachęcam wszystkie osoby socjalizowane jako kobiety do zapoznania się z tą formą organizacji i podobnych eksperymentów.
Dlaczego mówiąc o polskim środowisku wspominam o Rożawie?
Oczywiście, mówiąc o tych kwestiach nie musiałbym się do tej rewolucji w ogóle odnosić, ale tu akurat jestem i widzę jak największe jej zdobycze w tej chwili stają w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Mówię tu oczywiście o jednym z filarów tej rewolucji - autonomii i samoorganizacji kobiet. Na tym, oraz autonomii i samoorganizacji grup etnicznych i wyznaniowych (Demokratycznym Narodzie), oraz ekologii zasadza się trzon ideologiczny Rożawskiej Rewolucji. Gdy mówię o zagrożeniach, nie mam na myśli jedynie oczekiwanej fizycznej masakry - ta jest bowiem jedynie owocem, fizyczną manifestacją ekspansji głębszej myśli ideologicznej - fundamentalizmu religijnego akceptującego de facto jedno wyznanie, wymazywania różnorodności kulturowej, oraz męskiego szowinizmu nie chcącego zaakceptować pozycji jaką wywalczyły sobie kobiety w toku owej rewolucji. Znamiennym jest bowiem, że w czasie ostatnich podbojów terenów do tej pory kontrolowanych przez DAANES, na celowniku znalazły się przede wszystkim lokalne organizacje kobiece, mordowane i porywane były aktywistki, a pomniki bojowniczek obalano.
Wiele się zmieniło wraz z postępującym frontem sił rządowych i obliczem nadchodzącej masakry, przyszłość rewolucji nie jest pewna.
Rożawa boryka się z kryzysem uchodźczym, wzrostem tendencji nacjonalistycznych i trudnym procesem "integracji". Teraz jak i podczas mojego poprzedniego pobytu tutaj, przez ponad dwa lata udało mi się zobaczyć i odczuć w praktyce czym jest ta rewolucja i w jaki sposób systemowe i ideologiczne rozwiązania wpływają na organizowanie się szczególnie kobiet, ich poczucie sprawczości oraz jak na to patrzyli i patrzą mężczyźni.
Nie bez powodu walka przeciwko patriarchatowi zajmuje miejsce centralne w tej rewolucji. Potrzeba samoorganizacji *kobiet jest tu rozumiana jako podstawowa forma organizacji mogąca zapewnić wyzwolenie na każdym poziomie, ponieważ opresja patriarchalna rozumiana jest jako element składowy każdej innej opresji. To podporządkowanie kobiety jest odpowiedzialne i nierozerwalnie związane z kapitalizmem, faszyzmem i wszystkimi innymi toksycznymi "izmami". Zrozumienie tej prostej myśli jest traktowane jako warunek konieczny wolności w ogóle.
Ta idea ma swoje praktyczne konsekwencje, co znajduje odbicie w sposobie w jaki organizują się nie tylko wojskowe struktury rewolucyjne, ale i wymiar sprawiedliwości, system edukacji i każda instytucja powstała w wyniku procesów rewolucyjnych. Przepis jest prosty. Jeżeli w jakiejś strukturze biorą udział kobiety, to mają one dodatkowo swoją odrębną organizację, która pozwala im na samoorganizowanie się bez obecności mężczyzn. Do tego, każda struktura ma współprzewodniczących, z których przynajmniej jedną osobą będzie kobieta.
To zupełnie inne podejście do pracy politycznej od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajone. Tu każda instytucja ma swój kobiecy odpowiednik, gdzie dyskutuje się dane zagadnienie i podejmuje decyzje z pozycji kobiet, dla kobiet i przez kobiety. To znaczy, że jeśli na przyklad mowa o szkolnictwie, to istnieje również kobieca instytucja edukacyjna, dbająca o to, aby kwestie dotyczące kobiet były rozpatrywane przez nie i z ich perspektywy.
Decyzje w tych sprawach zawsze są wiążące i żaden mężczyzna nie może takiej decyzji podważyć.
Co na to mężczyźni?
Ruch kurdyjski, który dał podstawy ideologicznemu trzonowi rewolucji w Rożawie, praktykuje ten model od połowy lat 90'tych XX wieku. Nie oznacza to, że wszyscy chętnie się na ten model godzili i godzą. To kobiety musiały doprowadzić do sytuacji, gdzie z wytworzoną przez nie siłą mężczyźni musieli się po prostu liczyć. Początki nie były łatwe, ale system został zaakceptowany i w tej chwili ruch rewolucyjny mówi w tej sprawie jednym głosem.
Systemowo rewolucjoniści i rewolucjonistki przechodzą różnego typu edukacje mające pomóc im zrozumieć własną historię, przywileje i pozycję, oraz struktury systemów opresji, które na nas wszystkich oddziaływują. Sam brałem udział w lekcjach o historii kobiet, historii kobiet Bliskiego Wschodu, historii rewolucjonistek światowych, żineolożi - nauce kobiet, które uwspólniają podstawy zrozumienia pewnych kwestii ideologicznych. Żineolożi naucza się w szkołach. Dla mężczyzn organizowane są również osobne sesje pod tytułem "Zabić dominującego mężczyznę", czy sesje z krytycznej męskości. Mają one pomóc w zrozumieniu własnych przywilejów, pozwalają wejść głębiej w kwestie filozoficzne, uczą budowania zdrowych męsko-męskich relacji oraz wspólnotowego życia w wolności.
Te wszystkie sesje i edukacje są dla ruchu bardzo ważne i są tam właśnie dlatego, że zwykłe deklaracje o równości nam nie wystarczą. Zrozumienie systemowej opresji, której kobiety doświadczały przez setki lat nie przyjdzie do nas samo. Samoorganizacja kobiet nie jest też tożsama z izolacją. Kobiety pracują i żyją wspólnie z mężczyznami. Mają po prostu dodatkowo swoją przestrzeń, by bez skrępowania pracować nad kwestiami ich dotyczącymi.
Wygląda na to, że w polskim ruchu anarchistycznym nie jesteśmy w stanie rozpoznać podstawowych potrzeb społeczności poddanej wiekowemu procesowi udomowienia, tłamszenia, ucisku i eksploatacji. Wiara, że deklaratywna równość wymazuje pokolenia niesprawiedliwości i sprawia, że wszystkie stajemy się nagle wolne, bo tak powiemy, jest po prostu niebezpiecznym zaklinaniem rzeczywistości. A takie myślenie oddala nas od wolności.
Tak, tak. To może być dla was bolesnym zaskoczeniem, ale jako mężczyźni jesteśmy przedstawicielami klasy opresjonującej. To wynika z samego faktu bycia mężczyzną. Nie mówię tego po to, by was biczować. Robię to raczej po to, by uświadomić wam, jeśli jeszcze tego nie wiecie, że z byciem mężczyzną wiążą się pewne przywileje, a z nie byciem mężczyzną - ich brak. Z tego wynikają konsekwencje i obowiązki.
Niestety. Stan rzekomej równości, o którym opowiadacie, jest jeszcze daleko przed nami. Oczywiście, chcemy świata, w którym bycie tej czy innej płci nie ma znaczenia, może nawet, że płeć nie istnieje, ale wiecie co? Sami tam nie dojdziemy. Z prostego powodu - nie znamy drogi.
Największa wartość ruchu kurdyjskiego i olbrzymia inspiracja to miejsce na autonomiczną organizację osób wykluczonych. To nieodzowny element, bez którego prawdziwa emancypacja będzie niemożliwa. Tylko w środowisku bez mężczyzn *kobiety mogą na spokojnie zadbać o swoje i wyznaczyć kierunek własnej emancypacji. Podobnie jak w przypadku walk narodowowyzwoleńczych, to kolonizowana ludność definiuje pole własnej antykolonizacyjnej walki, bez udziału opresora.
Spróbujcie zrozumieć, że obowiązkiem przedstawiciela opresjonującej klasy jest zauważenie własnych przywilejów, właściwe ich zrozumienie, zrobienie kroku w tył i pozwolenie sobie (nam wszystkim) na to, żeby znaleźć się na drodze do tej wolności, którą tak chętnie deklarujemy, a wszyscy potrzebujemy. A kto inny pomoże nam lepiej zrozumieć system opresji, którego jesteśmy częścią, jeśli nie osoby, które tej opresji od nas doświadczają?
Jeśli dalej nie wierzysz, że jesteś potencjalnie częścią problemu, to nie staniesz się częścią rozwiązania. Może jednak powinieneś zastanowić się nad sobą? Jeśli jest jakaś minimalna szansa na to, że jesteś częścią systemu opresji, i osoba, której ta opresja dotyka ci o tym mówi, a do tego jest to twoja towarzyszka walki, to może wypadałoby chociaż poświęcić czas, żeby to sprawdzić?
Może porównanie do innych form opresji pomoże zrozumieć tą kwestię: nazwanie się antyrasistą jest nieraz potrzebnym, ale tylko pierwszym krokiem do stania się antyrasistą; wyznaczeniem kierunku działania. Z uwewnętrznionym rasizmem trzeba się niestety mierzyć wykonując konkretną pracę i stale czuwając, aby nie powróciły zachowania głębiej w nas ukryte, bo rasizm czyha na każdym kroku. Nośnikiem rasizmu jest bowiem nasza własna kultura, która nie jest od niego wolna.
W zetknięciu z osobami doznającymi rasizmu może się okazać, że mimo szczerych chęci jesteśmy nośnikami przezroczystych dla nas zachowań, które stanowią źródło opresji wobec innych, a my nawet nie jesteśmy tego świadomi. Pewnych doświadczeń nie możemy mieć bo nas pewne rzeczy po prostu nie będą dotykać.
Możemy się w tym miejscu na osoby dotknięte przez nasze zachowanie obrażać, czy mówić, że przesadzają, ale to nie rozwiąże problemu. Obnaży raczej coś, co tkwi w nas samych - potrzebę bycia postrzeganym jako stojący po właściwej stronie, w jakiś sposób może moralnie wyższych, a przynajmniej odpornych na krytykę z zewnątrz. Bez krytyki i chęci pracy nad sobą nie ma rozwoju. Może lepszym podejściem byłoby postarać się zrozumieć źródło problemu i wytyczyć wspólnie z osobami, które znają ten temat lepiej niż my, bo tych opresji doświadczają, wspólną drogę do rozmontowania systemów opresji, których przecież nie chcemy być częścią. Argumentowałbym za ruchem kurdyjskim, że do tego potrzebne jest przewodnictwo tych osób, bo one najlepiej będą wiedzieć czym jest rasizm. Po prostu. My mamy pracę do wykonania, a przewodnictwo przychodzi od nich. Bycie sprawcą opresji to jesszcze nie koniec świata. Za to uświadomienie sobie tego jest jedynym możliwym początkiem zmiany.
Zastanów się w tym miejscu, czy twój strach przed potencjalnymi nadużyciami, ta twoja walka o 'równość' nie jest przypadkiem strachem przed utratą przywilejów. Mężczyźni w Rożawie, szczerze mówiąc, też nie byli tu specjalnie wyjątkowi. Wielu z nich widzi siłę kobiet jako zagrożenie dla swoich przywilejów. Szczególnie starsze pokolenia mają trudności z przyjęciem nowych zasad - uważają, że jak kobieta może iść do pracy, to świat stanął na głowie i stracili już wszystkie prawa. Ale to pokolenie w końcu przeminie, a następne jest już inaczej zaprogramowane. Siła kobiet jest rozumiana jako coś wyjątkowego w skali świata, są z niej dumni, ale muszą się też z nią po prostu liczyć.
Aby się z patriarchatem zmierzyć, potrzebne jest podejście systemowe. Oznacza to tworzenie przestrzeni dla struktur kobiecych, które budują własną siłę i przejmują przewodnictwo w rozwiązywaniu problemów związanych z patriarchatem. Równolegle potrzebny jest zorganizowany czas dla mężczyzn na dyskusję o ich roli i uczestnictwie w systemach dominacji z pozycji opresorów. Atakowanie kobiet za to, że chcą się samoorganizować, nazywanie ich szowinistkami itp. tylko sprawia, że odbieramy sobie i innym możliwą drogę ku wolności nas wszystkich.
Wspierajmy FAKS i podobne inicjatywy! Oddajmy *kobietom przestrzeń której potrzebują, żeby pomóc nam wygrać z patriarchatem. Bez ich nieskrępowanego wkładu i naszej pracy nad własnymi ograniczeniami, schematami, niedokonałościami ani świat ani i my nie będziemy wolne.
To jest super doświadczenie: móc się samej czegoś uczyć, coś robić politycznego czym wcześniej zawsze zajmował się ktoś inny. Fajnie że są takie pomysły i próby rozszerzania tego pola.
Gwoli sprostowania: wszędzie gdzie pisze *kobiety mam na myśli osoby socjalizowane jako kobiety i z doświadczeniem kobiecości, w tym osoby trans i queerowe
Kiedy napisałem o transfobii, chodziło mi właśnie o wrzucanie wszystkich osób trans w kategorię "kobiety", teraz to dodatkowo podkreślasz. Trans mężczyźni istnieją i nie są "w uproszczeniu kobietami", walczymy o to by być odbieranymi i traktowanymi jak inni mężczyźni.
Kategoria: "kobiety+" jest kategorią otwartą dla tych osób, które chcą w niej być. oprócz cis mężczyzn. Tzn. że jeśli nie czujesz się częścią tej kategorii to nie musisz nią być. Ale jeśli chcesz, to możesz. Chodzi o nie wykluczanie, a nie o narzucanie. Znam osoby trans-męskie, które się organizują w grupach kobiety+ lub jak to nazywają na zachodzie FLINTA, i takie, które wolą się organizować w grupach cis-męskich, jeśli jest akurat propozycja takiego podziału, np. w warsztatach dotyczących patriarchatu. Doświadczenie osób trans jest wyjątkowo cenne dla nas wszystkich, bo osoby trans często mają za sobą doświadczenie tego, jak społeczne oczekiwania i trening osób postrzeganych jako któraś płeć zmienia się wraz z tranzycją.
Najlepiej byłoby znaleźć lepszą nazwę niż kobiety+. np. spolszczając FLINTA na KLINTA. Ale wtedy to jest termin, które rozumiemy tylko my w naszym środowisku. Nie mam lepszych pomysłów, ale może ktoś inny ma. W tym określeniu, czy w tej grupie, chodzi o połączenie osób, które doświadczają opresji ze strony dominującego systemu, w tym konekście systemu patriarchalnego, który wszystkie osoby nie dość cis-męskie (z czyjejś perspektywy) wrzuca do worka: gorsza płeć. Zanim przywróciłyśmy naszą wiedzę o tym, że istnieją i zawsze istniały więcej niż 2 płci, przez stulecia tą gorszą płcią były tylko kobiety i do nich porównywało się osoby, które odstawały od męskiej cis-hetero-normy. "Nie bądź jak baba" "Zniewieściały mężczyzna" i inne bardziej wulgarne których nie będę przywoływać. Teraz tą gorszą płcią są wszystkie płcie, które system odróżnia od cis-męskich. Mamy wspólnego wroga i wspólne, choć nie identyczne, doświadczenie opresji. Możemy się wspónie organizować, żeby ten system obalić, bo on jest opresyjny również dla cis-mężczyzn, nawet jeśli daje im wiele przywilejów. Ale z przywilejów trudno jest rezygnować, trudno jest je zauważyć i trudno jest się do nich przynać, i to odróżnia doświadczenia i rozumienie opresji patrairchalnej przez osoby, które tych przywilejów nie mają, od tych, które je mają.
Absolutnie nie odmawiam nikomu organizowania się w grupach o jakkolwiek arbitralnych zasadach uczestnictwa.
Protestuję przeciwko używaniu pojęcia "kobiety" jako parasola na FLINTA. Kojarzy mi się to z popularnym u transfobek traktowaniem trans facetów jako "zagubionych dziewczyn". Nie widzę żadnej zalety w takiej komunikacji w kierunku osób spoza środowiska - albo utrwala to niepoważne odbieranie osób transmasc albo i tak wywołuje oburzenie na "nowomowę" przez pisanie o "doświadczeniu kobiecości".
Jeśli mamy na myśli osoby nie będące cis mężczyznami to można napisać dokładnie to: osoby nie będące cis mężczyznami. Można te osoby wymienić w skrótowcu i wyjaśnić. LGBTQIA jakoś nie zastępujemy "geje".
Rozumiem. Nie tak to miało zabrzmieć. Bynajmniej nie odmawiam istnienia transmężczyznom. Byłoby to conajmniej nieporozumieniem. Kwestie samoorganizacji grup ze względu na doznawane opresje są o tyle pojemne i definiowalne o ile definiować je będą osoby doświadczające podobbych opresji.
W moim doświadczeniu pracy nad tymi kwestiami, osoby trans mają dodatkowe ważne doświadczenia, pozwalające zrozumieć mechanizmy opresji oraz przywilejów z dwóch stron. Przy podziale na grupy 'męskie' i 'żeńskie', przy pracy nad kwestiami patriarchalnymi na warsztatach, np czasami osoby te wybierały grupy zgodne z własną płcią, bądź tą według ktorych były socjalizowane przed tranzycją, bo mają wgląd w to doświadczenie i mogły pomóc zrozumieć pewne mechanizmy. Same to wybierały. Tu nikt niczego nie narzuca, ani nikogo na siłe nigdzie nie wpycha, za to każda osoba ktora doswiadcza opresji patriarchalnej przez bycie w danej kategorii powinna miec dostęp do przestrzeni wolnej od cis mężczyzn (jako głównych opresorów) do pracy nad tym czy innym tematem.
Rozumiem i nie zakładałem złej woli, chcę zwrócić uwagę na to, że używając w nieprzemyślany sposób inkluzywnego języka nadal można zabrzmieć dyskryminująco.
Żineolożi wkurwia mężczyzn prawie tak samo jak Ludowa Historia USA / (lub wpisz tu dowolne inne państwo) wkurwia rządzących.
My, mężczyźni, bez walki nie oddamy dominacji nad kobietami.
Ja bym to porównał bardziej do krytycznej teorii rasy i white fragility.
Ok, choć nie wiem czy okopywanie się na ideowych stanowiskach jinelogii pomoże w deeskalacji konfliktu. Faceci, a mówię z doświadczenia, bywają drażliwi gdy ktoś do nich przemawia z pozycji autorytetu rewolucji. Moim zdaniem przedstawianie parytetów jako czysto pragmatycznego rozwiązania wprowadzonego prowizorycznie aż OBIE STRONY nie nauczą się postępować lepiej bardziej sprzyjałyby kompromisowi.
Niby czemu uczucia mężczyzn (są drażliwi) mają być ważniejsze niż uczucia kobiet (są wkurwione)? Czy to nie będzie powtarzanie patriarchatu? Moje wkurzenie jest równie istotne co twoje zmęczenie tym tematem 😜
Mówienie, że obie strony mają się nauczyć postępować lepiej, gdy jedna z nich ma zupełnie inną pozycje społeczną, możliwości, przywileje - jest niezrozumieniem tego, czym jest opresja i jaka jest odpowiedzialność tej strony, która tę opresję stosuje wobec tych osób, które jej doświadczają. Jednym z problemów patriarchatu jest to, że mężczyznom się wydaje, że muszą być nieomylni. A już napewno żadna baba nie będzie im mówić, jak powinni mysleć czy działać. Ani żaden facet, który słucha bab (tutaj: jineolji). Samoorganizacja kobiet ma bardzo długą tradycję, wielotysiącletnią, pewnie zaczęła się wraz z patriarchatem. To nie jest idea jineoloji, tylko zupełnie intuicyjne działanie w sytuacji opresji i niesprawiedliwości, żeby się przed nimi bronić.
To czego mężczyźni muszą się nauczyć, żeby móc pracować z własnym patriarchatem, to pokora i otwartość na głosy innych płci, które mają w tym systemie pod górkę.
Kobiety i pewnie osoby wszystkich połci też nie lubią, żeby do nich mówić z pozycji autorytetu, bo tym autorytetem w naszym doświadczeniu zawsze jest jakiś typ. I też bywają drażliwe. Tylko że w świecie patriarchalnym nikt się nie przejmuje tym, czy i dlaczego kobieta jest drażliwa. Kobieta jest z definicji drażliwa, bo jest głupia, leniwa, złośliwa czy co tam jeszcze.
I najciekawsze jest to, że piszesz o deeskalacji konfliktu. Jakiego konfliktu? Konfliktu który wynika z tego, że jakiś koleś mówi kobietom i osobom o kobiecym doświadczeniu, jak się mają organizować i je obraża z tego powodu? To nie jest konflikt, to jest atak - jednostronny - przeprowadzony przez osobę z przywilejem która chce utrzymać ten przywilej decydowania o tym, co kobiety moga a czego nie mogą robić.
W deeskalacji konfliktu najbardziej by pomogło, gdyby inni kolesie wzięli go na bok i powiedzieli mu, żeby się przestał kompromitować, powtarzając prawicowe argumenty na lewicowych i rzekomo anarchistycznych forach. I żeby się doszkolił z teorii feministycznch, bo to już naprawdę wstyd takie farmazony wypisawac. To nie są lata 80te, tylko 40 lat później. Jeśli rozumieją to na Bliskim Wschodzie, to może i my w Polsce się doczekamy jakiegoś postępu w tym temacie?
Chwila, FA Lublin? Przecież ta sekcja (jak 3/4 całej FA) nie istnieje od 2016 roku, w 2020 tylko udostępnili parę wpisów o owczesnych protestach, a teraz widzę, że fanpage zniknął.
"*kobiety (*używam uproszczenia mając na myśli z grubsza osoby nie-cis męskie)" - czy takie definiowanie ludzi jako nie(dostatecznie) męskich nie jest przypadkiem kwintesencją patriarchatu? Na pewno jest transfobiczne.
Nie. Bo słowo 'niedostatecznie' jest oceną, a słowo "nie cis" oceną nie jest.